Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Musi być przyjemnie, gdy publiczność nawet złe nasze prace oklaskiem przyjmuje?
— O, to zbyt przyjemnie! Wiesz, miałbym ci ochotę coś powiedzieć, tylko nie wiem, czy pozwolisz, gdyż rzecz trochę szorstka. Męskie twe jednak usposobienie każe mi niekiedy zapominać, że nie jesteś chłopcem.
— Mów, proszę.
— Będąc w Sudanie, zwiedzałem raz miejscowość, o którą walczyliśmy przez trzy dni z rzędu. Na placu leżało tysiąc dwieście trupów. Nikt nie miał czasu pochować ich.
— Cóż za straszny widok!
— Pracowałem wtedy właśnie nad wielkim, dwuarkuszowym rysunkiem, a pracowałem z myślą, co też powiedzą o nim w domu. Widok pobojowiska nauczył mię dopiero wielu rzeczy. Robiło ono wrażenie całego pokładu potwornych muchomorów. Nigdy też jeszcze nie widziałem ludzi, wracających tak gromadnie do ziemi, do prochu, z którego powstali. Wobec tego wstrząsającego obrazu pojąłem, że zarówno mężczyźni, jak kobiety, są materyałem jedynie, służącym nam do pracy; ich zdanie jednak, ich słowa, to rzecz zbyt błaha, by na nią zwracać uwagę. Możnaby bowiem również dobrze przykładać ucho do palety, słuchając, co farby raczą o nas powiedzieć.