Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nilghai’ego. — Praca ta właśnie podsunęła mu piekielny pomysł kieliszka.
— Nie troszcz się o niego. Nałóg jest zbyt nagłym, aby mógł trwać długo; gdy Dick oprzytomnieje, zabierzemy go stąd i wywieziemy gdziekolwiek. Zmiana miejsca uleczy go niezawodnie. Biedny chłopiec, pije z rozpaczy! Wiesz, Torp, nie zazdroszczę ci losu, gdy Heldar ociemnieje zupełnie.
— Zapewne. Gdybym przynajmniej wiedział, kiedy to nastąpi; ale ten stan niepewności i oczekiwania mnie wiąże ręce, a jego do butelki popchnął.
Trzeciego dnia po południu Dick przywołał Torpenhow’a.
— Skończyłem! Skończyłem nareszcie! Chodź zobaczyć! Patrz, czy nie piękna, czy nie porywająca? Zstąpiłem do głębi piekieł, aby ją stamtąd wydostać, lecz trud mój opłacił się sowicie.
Torpenhow stanął przed postacią kobiety, której usta, pełne, wyraziste, śmiały się, śmiały się wtedy, gdy oczy zapadłe dziką jakąś błyskały rozpaczą.
— Kto cię tego nauczył? kto ci myśl tę podsunął? — pytał. — Ani pomysł, ani wykonanie nie ma nic wspólnego ze zwykłym zakre-