Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Równocześnie rozległ się gwałtowny odgłos trąbki, a kto żyw, rzucił się do sukien i broni.
— Żołnierze pizańscy, zaskoczeni w kąpieli — zauważył Dick spokojnie. — Wszak pamiętasz ten obraz Michała-Anioła? Wszyscy początkujący malarze kopiują go przecież. Spojrzyj tylko, te wywłoki otoczone są bodaj przez nieprzyjaciela.
Oddział wielbłądzi nawoływał piechurów, aby mu śpieszyli na pomoc; krzyki zaś, dochodzące z dołu rzeki, wskazywały jasno, że i reszta kolumny spostrzegła niebezpieczeństwo i bieży zagrożonym na pomoc. Piaszczyste wydmy, skały nadbrzeżne i poblizkie pagórki, wszystko to tak szybko zaroiło się uzbrojonymi ludźmi, jak szybko powierzchnia wody marszczy się pod wiatru podmuchem.
Na szczęście, zamiast strzelać, wróg zatrzymał się na pewnej odległości, nawołując i gestykulując radośnie. Jednemu z ludzi tych przyszło nawet na myśl zacząć opowiadanie jakiejś długiej historyi. Oddział na wielbłądach nie dawał również ognia. Zadowolony z darowanej mu chwili, usiłował doprowadzić do porządku swe szeregi. Żołnierze z wydmy piaszczystej pośpieszyli tymczasem zagrożonym na pomoc, a statki, przyholowane do najbliższe-