Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go brzegu, opróżniono z całej załogi, tak, że straż tylko i kilku chorych pozostało na ich pokładzie.
Mówca arabski skończył tymczasem okrzyki, a przyjaciele jego zawyli radośnie.
— Wyglądają na wojsko Mahdi’ego — mówił Torpenhow, torując sobie łokciami drogę na czoło szeregów. — Robią przytem wrażenie kilku tysięcy ludzi! Dziwna rzecz, wiem przecież, że pokolenia okoliczne nie są przeciw nam zbuntowane.
— W takim razie Mahdi zdobył znów jakieś miasto i uwolnił wszystkich tych wrzeszczących dyabłów, aby nas żywcem pożarli — odparł Dick. — Pożycz lunety; zobaczę i ja, co to za jedni.
— Straże powinny były ostrzedz wojsko. Wpadliśmy widocznie w zasadzkę — wtrącił jeden z podwładnych. — Cóż, czy nasi nie myślą zacząć strzelać? Zmiłujcie się, ludzie, prędzej!
Nie potrzeba tu było żadnych rozkazów. Żołnierze rzucali się sami w szeregi czworoboku, z doświadczenia bowiem wiedzieli, że kto poza nim zostanie, tego niezawodna a bardzo niemiła śmierć czeka. Małe, stopięćdziesięciofuntowe armatki, ustawione na czele, rozpo-