Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


częły muzykę, podczas gdy cały korpus posunął się na przód, w celu zajęcia najbliższego wzgórza. Wszyscy oni walczyli już dziesiątki razy w ten sposób, atak więc nic nie przedstawiał dla nich nowego. Zawsze to samo pośpieszne formowanie się, ta sama dusząca atmosfera kurzu i zapach skóry, zawsze niespodziany a jak strzała szybki napad nieprzyjaciela. Dalej nacisk na najsłabszą stronę czworoboku, złamanie go i walka na noże, ręka w rękę, ciało o ciało, walka rozpaczna, po której następuje znów cisza pustyni... Przerywa ją tylko dzikie wycie tych, których garstka kawaleryi gonić usiłuje. Ta jednostajność utarczek, znieczuliła ludzi. Stali się obojętni, niedbali. Armaty huczały w rzadkich przerwach, czworobok zaś posuwał się na przód wśród mruczącego protestu wielbłądów. Potem nastąpił atak trzech tysięcy ludzi, którzy nie nauczyli się z książek, iż niepodobieństwem jest iść w ścieśnionych szeregach na ogień broni odtylcowej.
Zbliżali się więc, wysławszy, jako zapowiedź, kilka strzałów. Prowadziła ich do boju garść ludzi na koniach, za nimi jednak reszta przedstawiała jedną brutalną a zbitą masę ciał nagich, pijanych wściekłością, zbrojnych zaś w lance i miecze tylko.