Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Instynkt pustyni, gdzie wiecznie toczy się walki, powiedział im od razu, iż prawa strona czworoboku najsłabszą będzie. W jednej też chwili opuścili front, zwracając atak w tamtym kierunku. Kule armatnie dziesiątkowały ich tymczasem, przecinając wśród tego zbitego w masę mięsa ulice i szpalery, podobne do owych ścieżynek wygracowanych, jakie się spostrzega nieraz z okna wagonu, w ogrodach, otaczających zalotne wille przydrożne. Równocześnie zaś karabinowy ogień piechoty, powstrzymywany dotąd, setkami kładł nagie te ciała na miejscu.
Żadne cywilizowane wojsko tego świata nie zniosłoby piekła, przez jakie oni przechodzili.
Żywi skakali do góry, aby uniknąć umarłych i konających, którzy chwytali za nogi ich, stóp się czepiając; ranni potykali się, padali i znów podnosili, dążąc wśród klątw na przód, aż konali wreszcie, tworząc całą powodzią ciał czarnych, na prawym boku szczególniej, istną tamę, przez którą dalsze zastępy przebić się już nie mogły.
Znużone więc, pyłem pokryte wojska skłębiły się razem, a błękit nieba zniknął pod chmurą gryzącego dymu. Kupy łachmanów, jak hubka suchych, drobne kamyki na rozpa-