Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gdy łodzie przewoziły resztę kolumny wojskowej.
— No — zawołał Torpenhow, dodawszy ostatni ścieg do zbyt długo zaniedbanego ubrania, — trzeba przyznać, że się udała.
— Co? Łata, czy kampania? Bo co do mnie, nie zachwycam się ani jedną, ani drugą.
— Jesteś wymagający. Chciałbyś może przenieść Euryalus’a przez trzecią kataraktę, lub mieć już w Jakdul z ośmdziesiąt jeden tonn broni? Ja tam umiem być zupełnie ze spodni mych zadowolony.
I obracał się z powagą clowna, pokazując je na wsze strony.
— Śliczna łata! Szczególniej podobają mi się litery, w pośrodku niej wyryte: G. B. T. Jeżeli się nie mylę, oznaczają one po angielsku: Rządowe stada cieląt. Worek musiał z Indyi pochodzić.
— Bardzo proszę, to moje inicyały, moje cyfry; G. B. T. znaczy: Gilbert-Belling-Torpenhow. Dla miłości ich nawet płótno to ukradłem. Patrz-no, co te wielbłądy wyrabiają!
Torpenhow przysłonił ręką oczy, spoglądając w stronę wybrzeża, na którem zostawiono zwierzęta.