Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/362

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozpoczęły się układy. Targ w targ, przyjęto ofiarowaną sumę, a w pół godziny później Heldar wypłacał połowę jej na ręce szeika, który wydawał jeszcze po cichu rozporządzenia przewodnikowi.
— Nie daleko — posłyszał Heldar: — wystarczy pierwszy lepszy pociągowy zdechlak. A cóż to, czy ja osieł jestem, abym dla ślepego marnował najlepszego bieguna?
Dick podniósł głos natychmiast.
— Uprzedzam — zawołał, — że, chociaż nie widzę, lecz wożę w zamian takie narzędzie, które ma sześć oczów i sześć kul zarazem, a przewodnik będzie siedział przede mną. Jeżeli nie dosięgniemy o świcie wojsk angielskich, na miejscu go położę.
— A gdzież te wojska są? — mruknął właściciel wielbłądów.
— Skoro nie wiesz, to się nie podejmuj prowadzić, lecz pozostaw to innym. Mów, wiesz czy nie? Chodzi tu o śmierć twą lub życie.
— Wiem — brzmiała ponura odpowiedź. — Odstąp od zwierzęcia, bo je rozpętam i puszczę.