Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy pieniądze bram nie otworzą?
— Phi! Chyba angielskie pieniądze...
Ponowne, gnębiące milczenie.
— Ile pan daje?
— Dwadzieścia pięć funtów angielskich przewodnikowi, z chwilą, gdy mię dowiezie do obozu. Drugie dwadzieścia pięć pozostawię tu, na ręce szeika, który mu je wypłaci natychmiast po powrocie.
Była to królewska nagroda — szeik więc, mający zamiar strącić z niej pewien procent dla siebie, zaczął popierać żądanie Heldar’a.
— Pięćdziesiąt funtów za jedną noc, ależ to bogactwo! Można wypoczywać później do końca życia, mieć kawał ziemi, drzewa, żon kilka i zapewnioną starość.
— Kto pojedzie ze mną? — zapytał Dick ponownie.
— Ja — zabrzmiał od ogniska głos stanowczy; — ale czy nas wypuszczą z obozu?
— Głupstwo! Wszak wielbłąd zrywa nieraz więzy i ucieka, a straże nie strzelają do tego, który bieży i goni zwierzę, by je spętane przyprowadzić napowrót. Pięćdziesiąt funtów dziś jeszcze; nie za żadne jednak juczne bydlę, lecz za najlepszego bischaryjskiego wielbłąda.