Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I mam je dotąd. Maluję jednak, pomimo tego.
— Więc jesteś sama?
— Nie; mieszka ze mną druga panienka. Za szybko idziesz, Dick’u; zaczynasz mnie wyprzedzać.
— Patrz, i tyś to zauważyła?
— Rzecz prosta; zawsze miałeś skłonność do wyprzedzania mnie.
— Prawda. Przepraszam. Więc kształciłaś się w malarstwie?
— Tak. Wówczas już przecież miałam ten zamiar. Byłam u Slade’a, w wielkiej pracowni Merton’a, w St. John’s Wood, potem przeszłam do Galeryi Narodowej, a teraz uczę się u Kami’ego.
— Przecież Kami jest w Paryżu?
— Nie; przeniósł pracownię do Vitry sur Marne. Latem więc jeżdżę do niego, a zimą studyuję samoistnie w Londynie.
— Czy dużo sprzedajesz?
— Niekiedy, drobiazgi. Ale to mój omnibus; muszę w niego siadać, inaczej straciłabym pół godziny. Do widzenia, Dick’u.
— Do widzenia. Czy nie powiesz mi nawet, gdzie mieszkasz, Maisie? Muszę cię przecież zobaczyć, muszę się z tobą widywać. Być