Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w świetle jej bladem twarzyczka Maisie wydała się kredowo-białą.
Nie przemówili ani słowa więcej. Ryszard przesunął się tylko na jej stronę i szli razem wzdłuż mostu, ramię w ramię, tak samo, jak niegdyś, podczas wspólnych wycieczek na błotniste morskie wybrzeże.
Heldar przerwał pierwszy milczenie głosem stłumionym, jakby ochrypłym:
— Co się stało z Amommą?
— Zdechła. Nie sądź, Dick’u, że przez te naboje. Nie; przejadła się po prostu. Zawsze była łakoma. Nie prawda, jak to zabawnie?
— Tak... Nie... To jest, czy mówisz o Amommie?
— Nie. Ta-ak... Żeśmy się też spotkali... Z której strony ty szedłeś?
— Z tej — wskazał na wschód, mgłą przysłonięty. — A ty?
— O, ja mieszkam w północnej dzielnicy. Tam, precz, za parkiem. Ogromnie pracuję.
— A co robisz?
— Maluję bezustannie. To całe moje zajęcie.
— Jakto? Czy cię co złego spotkało? Przecież miałaś zapewnione trzysta funtów rocznej renty?