Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


może, że potrafiłbym stać ci się użytecznym. Ja sam... maluję... trochę.
— Jeżeli jutro okaże się za ciemno, jeżeli nie będę miała dobrego światła, przyjdę prawdopodobnie do parku. Spaceruję zwykle około Łuku Marmurowego; to moje ulubione miejsce przechadzki. Ma się rozumieć, że zobaczymy się jeszcze.
Weszła na stopnie omnibusu i szara mgła pochłonęła ją po chwili.
— Trudno się mylić; prze-pa-dłem! — zawołał Ryszard, wracając do swego mieszkania.
Torpenhow i Nilghai zastali go w jakiś czas później siedzącego na progu pracowni i powtarzającego te same słowa z uroczystą powagą.
— Przepadniesz ty lepiej, gdy ja się z tobą załatwię — zauważył Nilghai, przechylając potężną swą postać przez ramię Torpenhow’a i wstrząsając w ręku wilgotny jeszcze rękopis. — Dick, czy wiesz, że, według utartej pogłoski, cierpisz podobno na puchlinę w głowie?
— Hola, to Nilghai? Jakto, już wróciłeś? A co się dzieje w Bałkanach? co robią wszystkie bałkańskie kraiki? Połowa twego oblicza zachowała, jak widzę, ten sam zawsze krzywy rysunek.