Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


życia zdobytą znajomość ludzkiej fizyognomii, aby czytać tem snadniej w tej drobnej, delikatnej twarzyczce, pod czarnym kapelusikiem ukrytej, — w zdobiących ją dużych, siwych oczach, w ustach wytwornie zarysowanych i profilu kruczymi włosami otoczonym.
— Ta sama, moja Maisie, tak jak ja tym samym Dick’iem zostałem — wyrzekł wreszcie. — Oboje posiadamy przytem zadatek uporu i wolę niezłomną; jedna więc z dwóch złamaną być musi... A teraz ułóżmy plany na przyszłość. Mam przecież przyjść obejrzeć twoje obrazy. Może naznaczymy dzień, w którym ruda towarzyszka...
— Najlepiej w niedzielę. Przychodź w niedzielę zawsze. W tylu rzeczach potrzebuję zasięgnąć twej rady, o tylu pogawędzić, lecz teraz czas już wracać do roboty.
— A więc do niedzieli! Tymczasem zaś, Maisie, spróbuj dociec, kim jestem i jakim jestem właściwie. Nie wierz na ślepo uległości mej i słowom, wypowiedzianym tutaj. Do widzenia, ukochana; niech cię Bóg ma w swej opiece!
Maisie odbiegła cicho, jak mała myszka szara. Dick stał w miejscu, śledząc postać jej wysmukłą, dopóki nie zniknęła mu wśród tłu-