Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mu. Na szczęście jednak, nie słyszał, iż, odchodząc, mówiła do siebie:
— Złe ze mnie, szkaradne, samolubne stworzenie. Ale to Dick przecież, a Dick powinien mnie rozumieć.
Ów Dick tymczasem starał się wytłómaczyć sam sobie, iż dłuższa jego obecność i wpływ serdecznego uczucia muszą rozgrzać Maisie, muszą zmienić obecne jej zapatrywania. Wtem w myśli artysty stanął obraz rysów jej i wszystkiego, co mu one powiedziały.
— Ktokolwiek umie czytać w ludzkiem obliczu, ten musi przyznać, iż w twarzyczce jej odzwierciadla się wszystko, prócz odrobiny uczucia, prócz cienia tkliwości. Będę więc musiał zbudzić je dopiero; usta te zaś mówią wyraźnie, iż nie łatwo zdobyć je przyjdzie. A jednak ona ma racyę; skoro wie, czego chce, powinna dążyć do celu, raz wytkniętego. Co za zuchwalstwo wszakże... zużywać mnie do tego! Mnie! No, ale to Maisie, jej wszystko wolno. Faktowi temu nikt i nic zaprzeczyć nie zdoła. Możność zaś częstego widywania jej sowicie trudy me opłaci. To zarzewie — ciągnął dalej — musiało nigdy nie wygasnąć, lecz tlało widać przez lata długie w mej duszy. Nic w naturze nie ginie; teraz będzie mnie ona zużywać do swych celów, jak ja zużywałem