Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Binat’a w Port-Said. Ha, ma racyę; to jej prawo; niemniej boli to troszkę. Wolno mi więc odwiedzać ją w niedzielę tylko, zupełnie jak kawalerowi, który chodzi w zaloty do kucharki. Przekonam ją jednak, nawrócę; chociaż te usta nie mówią o uległości. Chęć ucałowania ich będzie mnie prześladowała, tak jak dzisiaj, przez cały czas, a ona, zamiast upragnionej pieszczoty, da mi pędzle, każe oglądać obrazy swoje, nie wiem dotąd jakie, i mówić o sztuce, o sztuce niewieściej w dodatku. Och, niechżeż ta przeklęta sztuka przepadnie raz, ze wszystkiemi swemi odmianami! Co prawda, oddawała mi ona dotąd niezłe przysługi, ale czegóż teraz w drogę mi wchodzi? Dla przebłagania, pójdę do domu i spróbuję, o sztuko, złożyć ci należną daninę.
W połowie drogi jednak nowa, smutna myśl uderzyła malarza. Podsunęła ją postać kobiety, przebijającej się przez mgłę gęstą.
— Sama jedna w Londynie, bez żadnej opieki, a w towarzystwie tej rudowłosej impresyonistki, która posiada może strusi żołądek. Wszystkie wiewiórki odznaczają się niebywałą strawnością; tymczasem Maisie taka drobna i delikatna. Jadają pewno nieregularnie, zasycają się herbatą. Życie podobne wycieńcza; może zachorować kiedykolwiek, a ja nawet nie