Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na to, że nie chcę, abyś się łudziła niedobrzecznem przypuszczeniem braterskich uczuć z mej strony.
Dziewczę popatrzyło na niego badawczo, poczem długie jej rzęsy przysłoniły źrenice.
— Wierzysz, że cię kocham?
— Wierzę; jakkolwiek szaleństwem to jest z mej strony, wierzę. I dlatego właśnie żałuję, że nie mam siły rozstać się z tobą na zawsze, zanim w sercu twojem gniew zapanuje. Towarzyszka jednak, z którą mieszkam, jest nie tylko ruda jak wiewiórka, lecz w dodatku impresyonistka; wszystkie nasze pojęcia różnią się krańcowo, co mnie tem więcej samotną czyni.
— Zdaje mi się, że i nasze się różnią. Nie zwracaj wszakże na to uwagi. Za trzy miesiące będziemy się, mam nadzieję, śmieli oboje z dzisiejszej rozmowy.
Maisie wstrząsnęła smutnie główką.
— Wiedziałam, że nie zechcesz mnie zrozumieć, i że potem, pojąwszy myśl moją, tem sroższą czuć będziesz urazę. Przyjrzyj się wszakże rysom mym, Dick’u, i powiedz, co one ci mówią.
Powstali, patrząc na siebie, oko w oko. Mgła coraz gęstsza tłumiła głuchy łoskot i szum ulicy, kratą żelazną od parku oddzielonej. Dick przywołał całą swą, doświadczeniem