Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zostawmy więc rzeczy, jak są... i... i będziesz mi pomagał.
— Dobrze. Aby jednak radzić skutecznie, muszę wpierw zobaczyć twoje prace, przejrzeć szkice, zbadać kierunek i tendencye. Wtedy dopiero będę mógł udzielać wskazówek, w miarę postępu roboty. Wszak o to ci chodzi, Maisie?
W błysku jego oczów przebijał znów z trudnością ukrywany wyraz tryumfu.
— Jesteś dobry, bardzo dobry — przyznała. — Czuję, iż opierasz przyrzeczenie swe na wyrachowaniu, które się nigdy nie spełni; czuję to i widzę; źle więc robię, zatrzymując cię przy sobie. Pamiętaj, Dick’u, abyś później nie miał do mnie urazy.
— Nie, Maisie; układ nasz zawieram z całą świadomością; zresztą królowa się nie myli, królowa nie może zbłądzić. Nie sądź więc, iż zdumiewa mnie twój egoizm; nie, uderzony tylko jestem śmiałością, z jaką mnie zużyć próbujesz.
— Phi! — zaśmiała się. — Dla mnie jesteś tylko Dick’iem.
— Tem lepiej, bo Dick’iem tylko pragnę dla ciebie pozostać. Powiedz mi jednak, Maisie, wszak wierzysz, że cię kocham? Pomnij i ty później, w przyszłości kiedyś, że kładę nacisk