Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skiem, czem ci się podoba... Na próżno się jednak dopytują, na próżno cię szukają... Ja jeden bodaj w całym Londynie wiedziałem coś bliższego o tobie. Skorzystawszy z tego, posuwałem sprawę, pokazując tym z pośród interesowanych, którzy ci najwięcej mogli być użyteczni, kilka szkiców, jakie mi darowałeś w Afryce. Połączone z rysunkami, ogłaszanemi przez Syndykat, podniosły one wyżej jeszcze twą sławę. Masz szczęście, chłopcze.
— Phi! Piękne mi szczęście, na które trzeba pracować, wałęsając się, jak pies, po świecie. Szczęście! Naczekałem ja się za niem!... Ale potrafię to ludziom odpłacić! Niech tylko zdobędę wpierw warsztat, niech znajdę zbyt na pracę...
— Chodź tutaj! — wołał Torpenhow, prowadząc go na drugą stronę schodów. — Pokój to podobny, co prawda, do dużego pudełka, ale dla ciebie wystarczy chyba. Masz okno u góry, masz światło północne, czy jak je tam nazywasz; jednem słowem: dosyć przestrzeni i warunki wygodne na pracownię. A że jest obok osobna sypialnia, więc cóż ci lepszego potrzeba?
— Wystarczy mi to najzupełniej — przyznał Ryszard, rozglądając się po mieszkanku, które zajmowało trzecie skrzydło starego, zrujnowanego domu o oknach wychodzących na