Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/328

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dla niego dostępne? Och, niechby przyszła prędzej!
I przyszła w południe. Spełniła jego życzenie, bo nie miała na razie nikogo innego, bo pociągała ją nadzieja dużych zysków materyalnych.
— O, nie poznałabym pana! — zawołała z wyraźną w głosie pochwałą. — Wyglądasz znów na wytwornego i dbającego o siebie dżentelmana.
— Może więc zmiana ta przyniesie mi nowy pocałunek? — zapytał, rumieniąc się nieco.
— Kto wie... byle nie w tej chwili. Teraz zastanówmy się lepiej, w czem panu użyteczną być mogę. Ten Beeton wyzyskuje cię niecnie. Jestem pewna, że odkąd nikt rachunków jego nie przegląda, musi je podwójną kredką podawać. Nieprawdaż?
— Zapewne. Najlepiejby też było, gdybyś zechciała pozostać tutaj i prowadzić dom dla mnie.
— Tu? W tem mieszkaniu? Za nic na świecie! Pan wiesz sam, że zbyt dobrze nas tu znają.
— Moglibyśmy przeprowadzić się gdzieindziej. To już od ciebie zależy; zdecyduj się tylko.
— I owszem; co do opieki, nic nie mam przeciwko temu. Bardzo chętnie zajęłabym