Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W miarę słów Heldara zaczęła dopiero pojmować doniosłość swego czynu, zaczęła żałować go głęboko; znała przecież wartość pieniędzy. Nie, to nie podobna! ociemniały musiał pracę swą przeceniać. Mężczyźni zwykli miewać niedorzecznie wysokie wyobrażenie o własnej robocie; rzecz to przecież wiadoma. Przybrała więc minę pokojówki, która przyznaje się dobrowolnie do stłuczenia twej fajki.
— Ha, trudno; powiem prawdę. Widzi pan, taka byłam wtedy zła, że mr. Torpenhow odjechał...
— Co prawda, miałaś trochę racyi gniewać się na mnie...
— No, więc też... I tak pewno mr. Torpenhow powiedział panu?
— Co miał powiedzieć? Bogi święte! zamiast się jąkać, chodź lepiej i pocałuj mię raz jeszcze.
Sprawdzał nie po raz pierwszy, dzięki własnemu doświadczeniu, że pocałunek jest trucizną, która nienasycone budzi pragnienie. Im więcej jej dostaniesz, tem częściej trzeba później dawkę powtarzać. Bessie jednak nie kazała się prosić tym razem; uściskała go, szepcząc równocześnie prawie: