Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/333

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie gniewaj się, ale tak byłam zła wtenczas, że obraz ów cały zatarłam ścierką i terpentyną.
— Co? coś ty powiedziała?
Palce jego chwyciły dłoń dziewczyny z mocą kleszczy żelaznych.
— Wyskrobałam wszystko nożem i zatarłam terpentyną. Cóż?... myślałam, że namalujesz napowrót, i koniec. Pewno i tak naprawił pan przed oślepnięciem? Och, proszę puścić rękę, bo mnie boli!
— Czy nic nie zostało z obrazu?
— Jakto nic? Przecież jest płótno. A, pan się pyta o malowanie? Wszystko wyskrobałam, ot tak, przez figle. Co? chcesz mnie uderzyć?
— Bić cię? Nie; po co?
I nie puszczając dłoni jej z żelaznego uścisku, stał, jakby pod wrażeniem doznanego ciosu, z oczami w ziemię utkwionemi. Przez tyle tygodni starał się nie myśleć o „Melancholii,“ usiłował zapomnieć, iż stanowiła ona część przeszłości, na zawsze dla niego zamarłej. Z powrotem jednak Bessie, z nowymi projektami życia, obraz ów ukochany wyłonił się nagle z ciemności i w żywszych tylko barwach stanął napowrót przed nim. Wszak dzięki jemu mógł zakosztować raz jeszcze upojenia