Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/367

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bowiem chciał odmalować żółtą pustynię, oblaną blaskiem zachodzącego księżyca, a przeciętą czarnym, sylwetkowym zarysem dromadera, na szczycie którego kiwały się dwa cienie ludzkie, — tyle razy palce ścierpnięte przypominały mu, że dzierży w nich nie pędzel, lecz rewolwer, śmiercią ziejący. Ból w ramieniu nie pozwalał przytem ręką poruszyć, a ciemność nieprzebita zajmowała miejsce stalug i płótna.
Przewodnik zamruczał wreszcie. Dick zaś poczuł zmianę w powietrzu.
— Świt się zbliża? — zapytał.
— Już błyszczy, a oto na skraju wojska angielskie. Wszak dotrzymałem umowy?
Wielbłąd, poczuwszy w oddali towarzyszy, wyciągnął w tej chwili szyję i ryknął głośno.
— Śpiesz się! Prędzej, coraz prędzej! Musimy tam być za chwilę.
— Znać ruch w obozie, gdyż unosi się nad nim taki tuman kurzu, że nic dojrzeć nie mogę.
— Czy sądzisz, że ja w lepszem jestem położeniu? Pędź chyżej!