Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/366

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nowem uderzeniem w plecy jeźdźca przynaglać zwierzę do pośpiechu.
— Czy księżyc świeci? — zapytał.
— Zachodzi już.
— Żal mi, że go raz jeszcze ujrzeć nie mogę. Stój! Zatrzymaj wielbłąda, niech się nacieszę mową pustyni.
Spełnił jego rozkaz. Wśród ciszy martwej, śmiertelnej, przebiegł powiew lekki i, zaszumiawszy, zginął w oddali. Garstka suchej ziemi zawirowała w powietrzu, opadając ze szmerem napowrót.
— Jedź! Noc bardzo zimna.
Ci, którym nie obce jest czuwanie, wiedzą z doświadczenia, jak długą się wydaje ostatnia godzina ciemności, jak wolno świt nadchodzi dla spragnionych światła i ciepła. Heldarowi też zdawało się, iż podróż ta trwa lata całe, że licząc gwoździe metalowe, którymi obito siodło, skróci długie godziny cierpienia. Lecz ciemność trwała wieki. Na próżno, dla przerwania jej, przekładał rewolwer z lewej dłoni do prawej, a rękę ścierpniętą opuszczał na dół, aby władzę odzyskała. Na próżno zdawało mu się, iż z londyńskiej swej pracowni patrzy na podróż tę dziką; ile razy