Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


duszą Heldar’a wstrząsała bojaźń straszna, niewytłómaczona, jak widmo stojąca często przy nim. Upiorem tym, krew ścinającym w żyłach, była obawa śmierci głodowej lub ognia w domu, pożaru, który, wybuchając nagle, pochłonąłby go żywcem, obezwładnionego ślepotą, zapomnianego przez wszystkich. I gdy zmora taka opanowała go, Dick siedział długie godziny, walcząc z samym sobą; zimne krople potu pokrywały mu czoło, dłonie zaciskały się konwulsyjnie o poręcz fotelu, dopóki godzina obiadowa, sprowadzając do osamotnionego jego mieszkania posługaczkę z talerzami, nie rozpraszyła nareszcie tych gorączkowych widziadeł.
Parę razy mr. Beeton, idąc na targ, zabierał z sobą Heldara. Miało mu to służyć za przechadzkę, a stanowiło istną męczarnię dla nieszczęśliwego. Podczas bowiem, gdy tamten wybierał ryby, targował musztardę lub tapiokę, wielki artysta, którego poetycznej naturze obce i wstrętne były szczegóły podobne, musiał stać na uboczu, i przestępując z nogi na nogę, przysłuchiwać się trywialnym targom lub rozmowom. Gorzej działo się jeszcze, gdy cny restaurator spotkał kogo ze swych znajomych. Gawędzie bowiem i plotkom nie było końca; ślepiec zaś stał znów na