Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uboczu, starając się tylko trzymać spuszczone powieki, aby nikt nie domyślił się niedoli jego i upokorzenia.
Powierzchowność Heldar’a smutnej jednocześnie uległa zmianie. Najpierw zaprzestał się golić, później zaś, później... niewidomi tak jedzą nieporządnie, a sukien jego nikt nie myślał czyścić... Bo i po co? On sam nie mógł tego dojrzeć; a że go żywa dusza nie odwiedzała, zaniedbania więc podobnego nikomu nie przychodziło na myśl skarcić.
Zresztą życie ociemniałego a samotnego człowieka, nie jest przecież pozbawionem przeróżnych rozrywek. Heldar, jako artysta, mógł udawać, że rysuje palcem w powietrzu; mógł przestawiać książki na półce, szykując je wedle wielkości; mógł wyjmować szczypcami zimne węgle z kominka, układać je z boku pod rachunkiem i znów przenosić do kominka; mógł wreszcie rozmawiać z kotem, skoro mu psa zabrali. Ale cóż, natura ludzka jest wymagającą; pomimo takiej rozmaitości zajęć, dzień wydawał mu się niekiedy długim, męcząco, śmiertelnie długim...
Mr. Beeton spostrzegł to nareszcie.
— No — mówił raz, — Bóg ciężkie ci zesłał życie, sir, ciężkie życie!... Co też pan myślisz robić dalej?