Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy chodzi o opłatę za moje utrzymanie? Wszak złożyłem ją z góry?
— Cóż znowu! Na myśl mi to nawet nie przyszło! Wiem, mr. Heldar, że jesteś uczciwym człowiekiem i nie chciałbyś krzywdzić biedaków. Dlatego też właśnie żal mi pana. Mówiłem nawet do żony, że ktoś w starszym wieku, ktoś średnich lat nawet, mniejby mnie wzruszał, ale taki młody dżentelman!... Nie, to zbyt bolesne...
— A tak — przyznał Ryszard, myśląc o czem innem. Ubolewania te bowiem nie czyniły już na nim żadnego wrażenia.
— I dlatego też — ciągnął mr. Beeton, zabierając się wciąż do wyjścia — przyszło nam na myśl, że możeby głośne czytanie zrobiło ci przyjemność, sir. Mój synek, Alf, przychodziłby wieczorem rozerwać pana trochę wiadomościami z gazet. Prześlicznie czyta, wyjątkowo pięknie jak na dziewięcioletnie dziecko.
— Bardzo będę za przysługę tę wdzięczny, z warunkiem jednak, iż pozwolisz pan, abym chłopcu płacił.
— Nie myśleliśmy wcale o tem; zresztą pozostawiam rzecz tę do twego uznania, mr. Heldar. Co prawda, malec wart nagrody choćby za sam śpiew. Ach, jak on śpiewa!
— I owszem, posłucham chętnie. Niechże więc przyjdzie dziś wieczorem.