Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z czasem przyuczył się leżeć, dopóki hałas w domu lub głos pana Beeton nie objaśniły go, że dla innych ludzi światło rozbłysło na ziemi. Wstawanie zresztą nie było ani rzeczą miłą, ani łatwą. Drobne przybory ubrania, jak kołnierzyki i krawaty, chowały się przed nim złośliwie, szukanie ich zaś równało się procesowi ciągłego rozbijania się o stoły, krzesła i kuferki. Gdy niedola ta zakończoną została, Heldar stał bezradny, nie wiedząc, co ma dalej czynić z sobą. Wolno mu tylko było usiąść bezczynnie i myśleć, myśleć, myśleć... Wieki przedzielały śniadanie od obiadu, obiad od wieczerzy; wbrew zaś najgorętszym, najszczerszem pragnieniom, Bóg ani pamięci, ani życia odebrać mu nie chciał.
Przeciwnie, pamięć się zaostrzała, a myśli, jak szakale, szarpały umysł i serce, nie dając jednej chwili spoczynku, jednej sekundy wytchnienia. Wiodły za sobą obraz Maisie, wspomnienie dawnego powodzenia, podróży po morzu i lądzie, dumy słusznej z prac własnych, sławy, jaką go witano u wstępu do rodzinnego kraju; myśli te wreszcie wskazywały stopnie, po których szedłby wyżej, coraz wyżej, gdyby mu oczy nie wypowiedziały posłuszeństwa.
Gdy wreszcie umysł wyczerpany przestawał wzbijać się ku niedoścignionym szczytom,