Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że obowiązki i praca pozostały te same. Właściciel ich zmienił się tylko.
— Och, nie przychodzi mu to nawet na myśl. Żyje w błogiem przekonaniu, że jest swym panem, że zależy od siebie tylko.
— Doprawdy? Hm, mógłbym go rozczarować; jeżeli tylko słowo drukowane czyni na nim wrażenie, gotówbym sprawić mu cięgi. Potrzebuje widocznie podniety.
— I owszem, dodaj mu jej, byle ostrożnie a rozumnie. Ja sambym to może uczynił, ale... zanadto go lubię.
— Co do mnie, nie lubię dziecinnych skrupułów. Miał on śmiałość współzawodniczyć z moją osobą o względy pewnej kobiety w Kairze. Zapomniałem o tem; teraz jednak w samą porę przyszedł mi ów szczegół na myśl.
— I cóż, odebrał ci ją wtedy?
— Dowiesz się o tem z tonu, w jakim się z nim rozprawię. Powiedz mi jednak, po co my się do niego mieszamy? Najlepiej zostawić go własnemu losowi. Jeżeli ma talent i siłę, sam trafi na drogę właściwą. Tydzień życia więcej uczy, niż najżywszy tygodnik. Pomimo tego, sprawię mu cięgi, sprawię mu potężne cięgi w Kataklizmie. Spadną mu niespodzianie, jak dachówka na głowę.