Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wna z samym sobą, była tak ciężką, iż czoło jego zimnym oblewała potem, a ręce kurczyła i zaciskała spazmem nerwowym.
Po strasznej utarczce, po buncie podobnym, trwającym dni całe, następowały chwile snu, w których marzył, że widzi napowrót, że jest takim jak inni człowiekiem. Przebudzenie wszakże przywoływało go do rzeczywistości, rozpoczynając na nowo wszystkie przypuszczenia, wszystkie kombinacye, dotyczące Maisie i odrobiny uczucia, jaką mogła mu przecież była okazać.
Na szczęście, mr. Beeton zjawił się wreszcie, proponując zwykłą przechadzkę. Chciał go nawet zaprowadzić do ogrodu, lecz Heldar, pamiętny, jak go nie dawno zostawiono tam na łaskę i niełaskę losu, jak wreszcie litościwy jakiś przechodzień oddał go w opiekę policyanta, a ten odesłał dopiero doróżką do domu, Dick, pamiętny wycierpianego wówczas upokorzenia, oparł się projektowi.
— Chodźmy ulicami, położonemi wzdłuż rzeki — prosił. — Tak lubię słyszeć szum wody.
Doszli właśnie do mostu Blackfriar, gdy nagłe, skręcając ulicą Waterloo, mr. Beeton zawołał:
— O, po tamtej stronie ulicy idzie, jeżeli się nie mylę, ta sama dziewczyna, która