Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Koniec już; niema nic więcej — zapewniał chłopiec, podając papier, który Ryszard bez namysłu w ogień rzucił.
— I cóż było w tym liście? — pytała mrs. Beeton syna.
— Nie wiem. To widać jakaś odezwa, przestrzegająca, aby nie świstać na cztery wiatry, gdy się jest młodym.
— Co to być może? — myślał Dick tymczasem. — Boże święty! czyżby się ludzie znęcali nade mną żartami? Nikomu nic nie zawiniłem i nie znam nawet człowieka, któremuby na drwinach ze mnie mogło zależeć. Miłość i wierność... co za pokusa! Czyżbym je naprawdę stracił z własnej winy?
Na próżno jednak zapuszczał się w przeszłość; nie mógł bowiem uprzytomnić sobie, gdzie i kiedy zasłużył na dar podobny z rąk kobiety.
Pomimo tego, list ów, dotykając jednej z najboleśniejszych stron jego życia, wytrącił go z równowagi na dni parę. Dziś nie tylko już serce zbolałe, lecz dusza i ciało jego zdawały się upadać pod brzemieniem ciemnicy, a zrozpaczone, w braku światła fizycznego, rwały się ku idealnemu, jasnemu punktowi uczucia, który jeden tylko mógłby złamane życie to podtrzymać. Walka zaś, walka pono-