Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W miejsce kota, który uciekł, znudzony długim monologiem, ukazał się w tej chwili Alf na progu.
— Przynoszę list do pana — objaśnił. — Może chcesz, sir, to ci go przeczytam.
— Pokaż go wpierw.
Głos Heldar’a zadrżał; ręka, wyciągnięta po pismo, trzęsła się nerwowo. Czuł, iż łudzi się nieprawdopodobieństwem, a jednak... gdyby to był list od Maisie... Znał tak dobrze papier, używany przez nią, iż jedno dotknięcie koperty wykazało mu płonność podobnej nadziei. Byłże to zawód? Nie; istnieją rozczarowania, po których sroższe przyjść już nie mogą; istnieją krzywdy, których nic później wynagrodzić nie zdoła...
— Czytaj — polecił ociemniały, a chłopiec, przejęty ważnością zadania, wygłosił według wszelkich reguł szkółki elementarnej:
„Mogłam ci ofiarować miłość, mogłam dać wierność, o jakiej nie marzyłeś nawet. Dla mnie nie istniałoby twe kalectwo, nie pytałabym, jakim jesteś. A jednak odtrąciłeś to wszystko, rzuciłeś skarb taki na cztery wiatry, dla chimery, dla niczego. Jesteś zbyt młody — oto jedyne w oczach mych dla ciebie usprawiedliwienie.“