Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go wyciągniętemi ustami i, czerwony po białka, jak kula wypadł z pokoju.
Nocy tej dzikie sny go trapiły. Zdobył świat cały i, złożywszy go w pudełku od ładunków, przyniósł Maisie w ofierze. Ona jednak, zamiast podziękować, odtrąciła skarb ów nóżką, wołając:
— Gdzie jest obroża, którą mi obiecałeś dla Amommy? Och, jakiż z ciebie samolub!




ROZDZIAŁ II.

— Nie jestem w rozterce z publicznością angielską, a jednak z całą przyjemnością rozsypałbym kilka tysięcy godnych jej przedstawicieli wśród tych skał nagich. Może wtedy nie byłoby im tak pilno do porannych dzienników. I cóż ty na to? Wyobraź sobie tylko, jakby tu rozmaite głowy domu: „Miłośnik sprawiedliwości,“ „Stały czytelnik,“ „Paterfamilias“ i inni, kurczyli się na tym żwirze rozpalonym.
— Z niebieską zasłoną nad czołem, a ubraniem całem w strzępach. Ładny widok! Nie