Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czegóż mi stawał na drodze? Dla niego warte to kilka funtów może, dla mnie stanowi majątek cały. Nie sądzę nawet, aby podał skargę. Udzieliłem mu tu bowiem parę rad lekarskich gratis i kilka wskazówek co do stanu jego zdrowia. Tanio go to kosztowało: trochę wzruszenia, nic więcej A teraz przejrzyjmy moje szkice.
W chwilę później Dick leżał na podłodze, zagłębiony cały w tece i rysunkach, przewracając je ostrożnie, z lubością, i śmiejąc się od czasu do czasu na wspomnienie ceny, za jaką skarb ten odzyskał.
Wieczór już nadchodził, gdy Torpenhow, zbliżywszy się do drzwi, ujrzał Dick’a, skaczącego, jakby w rozkosznej, dzikiej sarabandzie.
— Przyjacielu! — zawołał, nie przerywając tańca — czy wiesz? udało mi się, bezwiednie prawie, założyć mocną podwalinę. Dobre są! Wściekle dobre. Popłynę szeroką rzeką. Urządzę osobną wystawę, ale puszczę ją na własnej wędce. I ten człowiek miał czoło chcieć mnie wykwitować ze wszystkiego! Żałuję teraz, żem go czynnie nie nauczył rozumu.
— Wychodź stąd! Wychodź i proś Boga, aby cię uwolnił od grzechu arogancyi, którego, jak widzę, nie pozbędziesz się już nigdy. No, idź-że i sprowadzaj swoje rzeczy, gdziekol-