Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ oni się na tem nie znają po prostu. Czegóż możesz żądać od ludzi, zrodzonych i wychowanych w podobnym klimacie, w podobnem oświetleniu?
Ryszard wskazał na mgłę żółtą, zalegającą przestworze.
— Skoro więc lubią politurę i chcą politury, a płacą za nią dobrze, czemu nie mam smaku ich nie zadowolić? Zwyczajni to ludzie, a ty o nich mówisz jak o półbogach.
— Czcze gadanie, źle zastosowane. „Zwyczajni ci ludzie“ stanowią ogół, dla którego musisz pracować, czy ci się podoba lub nie. Publiczność to twój władca, Ryszardzie, twój pan. Dick’u, nie bądź dzieckiem, nie oszukuj sam siebie; nie jesteś bowiem dość silnym, aby igrać z nimi, aby igrać z samym sobą, co jest rzeczą stokroć ważniejszą. Widzisz więc, że ci tego czerwonego bohomazu nie wolno pokazywać nikomu. Inaczej, pamiętaj, że popadniesz w najsroższą niewolę, że zawiśnie nad tobą stokroć od śmierci gorsza klątwa pieniędzy. Upoisz się... bo już dziś jesteś w połowie odurzony, pijany... mamoną, zbyt łatwo nabytą. Dla tych pieniędzy, dla piekielnej twej próżności, gotów jesteś obniżać rozmyślnie poziom twego talentu i stwarzać miernoty. Daj pokój, wszak i bezwiednie do-