Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzyłem w imię świętej, domorosłej Sztuki i tygodnika Dickenson’s Weekly.
Torpenhow milczał przez chwilę, otaczając się gęstymi kłębami dymu. Z obłoków tych wypadł wreszcie wyrok grzmiący:
— Słuchaj, Dick. Gdybyś był jednym stekiem próżności tylko, małoby mię to obchodziło. Pozwoliłbym ci iść na zatracenie razem z twoim malunkiem. Gdy pomyślę jednak, czem jesteś dla mnie, i gdy słucham takiego gadania, w którem czuć przedewszystkiem jakąś tanią, zdawkową urazę dwunastoletniego podrostka, to się wszystko przewraca we mnie. Teraz wiesz już, co o tem myśleć! Masz!
Wzgardliwe kopnięcie przedziurawiło w tej chwili płótno, tak, że but Torpenhow’a na drugą przeszedł stronę. Jamnik, zbudzony łoskotem, zeskoczył na ziemię, sądząc zapewne, że to szczury wyprawiają podobne hałasy.
— Jeżeli chcesz zwymyślać mnie — ciągnął Torpenhow, — nie krępuj się. Cóż, nic nie mówisz? A więc ja kończę: Jesteś idyota! Niema bowiem człowieka dość silnego, aby mógł kpić bezkarnie z tłumu, z ogółu; choćby ten ogół był nawet tak głupi, jak ty utrzymujesz, co zresztą nie jest prawdą.