Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


syć ich napłodzisz. I dlatego właśnie, Dick’u, dlatego, że jesteś mi drogi, dlatego, że i ty mnie kochasz, nie pozwolę ci, nawet za złoto Anglii całej, karykaturować własnego moralnego oblicza; nie pozwolę, abyś, obciąwszy nos na niem, dobrowolnie za kalekę się podawał. Skończyłem. Teraz wymyślaj, jeżeli chcesz.
— Nie mogę — brzmiała spokojna odpowiedź. — Próbowałem przez cały ten czas wpaść w pasyę, ale mi się nie udało, bo jesteś wstrętnie rozsądny. Phiu! Będzie burza z Dickenson’s Weekly! Boję się...
— A cóż cię, u licha, z tym Dickenson’em oplątało? Skąd przyszło ci do głowy pracować w tygodniku? Czy nie wiesz, że to powolne osłabianie się, powolne upuszczanie krwi talentowi?
— Co mnie oplątało? Rzecz bardzo pożądana: dolary! — odparł Dick, zapuszczając ręce w kieszenie.
Torpenhow patrzył na niego z nieukrywaną pogardą.
— I ja brałem go za człowieka! — zawołał wreszcie. — A to dzieciak!
— Nie, nie jestem dzieciakiem! — zaprzeczył Dick, zwracając się ku niemu szybko. — Ale ty nie masz pojęcia, co to znaczy pewność zarobku dla tego, który zawsze łaknął pienię-