Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na dnie bowiem głowy jego powstawała myśl, iż broni on i ochrania Maisie od wszystkich niebezpieczeństw świata. Ostatnie promienie słońca odbiły się w tej chwili w wielkiej, leżącej wśród błota kałuży i zamieniły ją w olbrzymią, krwawą tarczę. Światło to przykuło uwagę chłopca; zatrzymał się więc, zapatrzony w nie z podniesionym rewolwerem w ręku i po raz wtóry doznał wrażenia czegoś cudownego, a tem potężniejszego, że przecież stała obok Maisie — Maisie, która przyrzekła sprzyjać mu przez czas nieograniczony, aż do chwili, gdy...
Silniejszy powiew wiatru uniósł w tej chwili długie, czarne włosy dziewczęcia i, oplątawszy nimi szyję Dick’a, przysłonił mu twarz i oczy tą masą splotów jedwabistych, pogrążył go w jakiejś dziwnej ciemności, która mu ból sprawiała. Ręka jego drgnęła, a kula biegła bez celu na pusty obszar morza.
— Chybiłem! — zawołał, otrząsając się z w rażenia. Ostatni to był nabój, chodźmy więc do domu.
Ale nie poszli. Przechadzali się dalej, z wolna, ramię w ramię. Obojętne mu nawet było, czy zaniedbana a idąca za nimi Amomma rozerwaną zostanie przez wybuch pękniętych ładunków; sami bowiem posiedli skarb złoty,