Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie — rzuciła krótko, — nie widziałam i nie jestem nawet ciekawa zobaczyć. Skoro cię jednak tak zachwyca, dlaczegóż nie pojedziesz go oglądać?
Podniosła główkę, odcinającą się ostro od kruczej czarności futra, okalającego szyję. Oczy jej, pod wrażeniem podrażnienia, paliły się jak dwa olbrzymie dyamenty; szare, kangurowe pokrycie płaszcza, szronem porysowane, błyszczało białością srebra.
— Na Jowisza! — zawołał malarz — czy wiesz, Maisie, że, otulona tak, wyglądasz w tajemniczem półświetle jak mały bożek pogański.
Wyraz oczu wskazał, iż uważała słowa te za komplement podejrzanej dobroci.
— Przepraszam cię — mówił — za chwilowe odbiegnięcie od przedmiotu. Konstelacye południa nabierają wartości wtedy tylko, gdy się je ogląda we dwoje. Powiedz mi, czy słyszysz jeszcze plusk okrętu?
Zamiast odpowiedzi, inne rzuciła słowa:
— Ryszardzie, uważaj, proszę: Gdybym ja teraz, taka, jaka jestem, z tem uczuciem, jakie mam dla ciebie...
— Z uczuciem braterskiem może? Wszak przyrzekłaś mi tam, w parku, nie mówić o niem więcej.