Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie miałam nigdy brata, więc skali tej znać nie mogę. Otóż, gdybym powiedziała: Weź mię, jaką jestem. Pojedziemy do krajów owych, mających taki urok dla ciebie; a może z czasem dowiem się, co miłość znaczy, może nauczę się kochać ciebie... Co zrobiłbyś wtedy?
— Zapakowałbym cię w dorożkę i odesłał tam, skąd przyszłaś. Eh, nie; szkoda doróżki! Mogłabyś iść piechotą. Ale ty tego nie uczynisz, jedyna; nie powiesz rzeczy takiej, nie narazisz mię na równą pokusę. Wolę czekać, aż kiedyś, w przyszłości, wyciągniesz do mnie rękę bez żadnych zastrzeżeń...
— Czy wierzysz naprawdę, że to nastąpi?
— Mam jakieś mgliste pojęcie, że na tem skończyć się musi. Alboż przyszłość nasza nie przedstawiła ci się nigdy w świetle podobnem?
— Ta-ak. Czuję się wszakże winną w tym względzie.
— Winniejszą niż zawsze?
— Och, ty nie znasz nawet myśli mych do głębi! Są zbyt niegodziwe, aby je wypowiedzieć można.
— Niech cię to nie powstrzymuje. Wszak przyrzekłaś mi odpłacić prawdą, być szczerą przynajmniej.
— Słuchaj zatem, jak bardzo jestem niewdzięczną. Oto, chociaż wierzę w twe uczucia,