Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prostu w dzień naszego ślubu tę czerwoną wiewiórkę, która zdaje się niezdrowy wpływ dokoła wywierać. A teraz, aby zapomnieć o przykrych przejściach, chodźmy do Torp’a.
Ów Torp wymawiał srodze w ostatnich czasach Dick’owi zmienność jego i lenistwo, dwa ciężkie grzechy w karyerze artystycznej. Malarz słuchał wyrzutów bez jednego słowa odpowiedzi. W pierwszych tygodniach, rozdzielających pamiętne niedziele u Maisie, rzucił on się z szaloną, dziką zaciekłością do pracy, chcąc pokazać ukochanej całą rozległość swego talentu, całą jego potęgę. Wkrótce jednak przekonał się, że trud to próżny. Ponieważ bowiem uczył ją, aby poza własną robotą nic nie widziała i na nikogo się nie oglądała, Maisie więc starała się to święcie wypełniać. Prosiła o rady i słuchała ich, lecz równocześnie obrazy Dick’a nic a nic jej nie obchodziły.
— Prace twoje czuć krwią i tytuniem — rzekła raz. — Powiedz, czy ty tylko żołnierzy stwarzać umiesz?
— Zrobiłbym twój obraz — myślał Ryszard, — twój portret; namalowałbym go tak, iż zdumionąbyś została. — Głośno jednak nie zdradził się z myślą równie śmiałą, lecz rzekł pokornie: — Żałuję, Maisie, że ci się te rzeczy nie podobają. — Po powrocie do domu za to