Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic już; tylko, gdyby na mnie ktoś tak patrzył, jak ten człowiek na ciebie, wtedy... wtedy... nie wiem, cobym zrobiła! Heldar jednak nienawidzi mnie; och, jak mnie nienawidzi!
Myliła się poniekąd. Nienawiść bowiem Dick’a złagodzona została na razie wdzięcznością za zniszczenie owego szkicu, a później, później zapomniał po prostu o antypatycznej mu dziewczynie. Miejsce jej zajęło poczucie wstydu i upokorzenia.
— Musi w tych dniach nastąpić wybuch! — powtarzał z wściekłością, idąc przez park, w gęstą mgłę spowity. — Czas położyć kres fałszywemu położeniu. Zresztą nie jest ono winą Maisie, broń Boże! Maisie, ze swego stanowiska, ma racyę. Maisie mylić się nie może; ale historya ta trwa już przeszło trzy miesiące. Trzy miesiące! Cóż to znaczy! Wszak dziesięć lat włóczyłem się po świecie, aby zdobyć podstawy, pierwsze podstawy po prostu, do pracy dzisiejszej. Prawda. Lecz nikt nie wbijał mi wtenczas szpilek, szpilek-rysunkowych, nikt nie zagłębiał co niedzielę sztyletu w duszy. Och, maleństwo ty moje, ukochane! jeżeli uda mi się kiedy wolę twą przełamać, ktoś będzie musiał srodze walkę tę odpokutować. Ale nie ty, nie. Ciebie zbyt kocham na to; otruję po