Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kach, lub zawodzić chórem, o drugiej w nocy, pijackie piosenki, to niezbyt grzeczne zachowanie, ze względu na sąsiadów. Ja też przypominałem tym panom: Nie czyńcie tego, czego nie chcecie, aby wam czyniono. Taką jest przynajmniej moja zasada.
— Słusznie, bardzo słusznie! Miałeś więc kłopot z górnem piętrem?
— Nie skarżę się, sir, nie skarżę wcale. Powiedziałem jednak po przyjacielsku panu Heldarowi, co o tem myślę... Uśmiał się tylko i zrobił mi portret mojej żony, bardzo podobny, mało co gorszy od oleodruku. Nie jest to równie piękne jak fotografia, ale ja wiem, że: „Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.“ Tak, tak... pan Heldar nie ubierał się ani razu wieczorem.
— Tem lepiej — myślał Torpenhow. — Hulanka mu nie zaszkodzi; Dick tęgą ma głowę. Gdyby jednak kobieta jaka zaczęła stroić do niego słodkie oczy, wtedy nie byłbym pewny swego. Słuchaj, Binkie, ciesz się, że nie jesteś człowiekiem. Ludzie to także zwierzęta, w czynach ich żadnego nie dopatrzysz sensu.
Ryszard, skierowawszy się tymczasem w północną stronę parku, doznawał wrażenia, że idzie wraz z Maisie wzdłuż błotnistego wybrzeża. Przypominał sobie dzień, w którym