Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oplątał rogi Amommy strzępkami białego papieru, i śmiał się głośno na wspomnienie bladej z wściekłości twarzyczki Maisie, którą figiel ten mocno rozgniewał. Spędzili cztery lata, każdy zaś dzień ich, każda godzina związana była ściśle z obrazem dziewczęcia. Przebiegając je myślą, Dick łączność tę spostrzegł teraz dopiero.
W oddali łoskot burzy morskiej, na brzegu zaś Maisie w szarej sukience odrzuca mokre włosy z czoła i śmieje się z pośpiechu łodzi, pędzących ku domowi. Mokradła lśnią odblaskiem słońca, a Maisie z podbródkiem podniesionym do góry krzywi się pogardliwie, wciągając w nozdrza ostrą woń morskich wyziewów. Dalej: Maisie uciekająca przed wiatrem, który gna za nią tumany piasku; Maisie okłamująca mrs. Jennett z minką spokojną i arogancką; Maisie skacząca po wodzie, z kamienia na kamień, z rewolwerem w dłoni i zaciśniętymi rezolutnie zębami; Maisie wreszcie w szarej znów sukience, siedząca na trawie, między rozwartą paszczą armaty a kielichem żółtej lilii wodnej.
Obrazy te zatrzymywały się kolejno przed jego oczyma; ostatni trwał najdłużej, budząc w sercu Dick’a uczucie szczęścia i spokój tem rozkoszniejszy, że nieznany dotąd. Nie przy-