Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szło mu też wcale na myśl, aby w ranek ów pogodny istniało dla niego jakiekolwiek inne zajęcie nad spacerowanie po alejach parku.
— Doskonałe światło do pracy — mówił spokojnie, patrząc na własny cień, posuwający się na piasku. — Doskonałe. Niejeden bazgracz pewno się cieszy z tego. Ach, otóż i Maisie.
Szła ku niemu od strony Marmurowego Łuku. Dick spostrzegł, że ruchy jej żadnej nie uległy zmianie, a świadomość, iż odnajduje Maisie taką samą, jak była, dziwne sprawiła mu zadowolenie. Nie przywitali się, bo przecież i dawniej grzeczności tego rodzaju uważali za rzecz zbyteczną.
— Dlaczego opuszczasz o tej godzinie pracownię? — zapytał Dick tonem człowieka, który ma prawo do uwag podobnych.
— Bo mię opanowało lenistwo, po prostu lenistwo. Rozgniewałam się na źle zrobiony podbródek, wyskrobałam go i uciekłam potem na świeże powietrze.
— Oho, znam skrobanie; wiem, jaka to rzecz miła. A co przedstawia obraz?
— Główkę fantastyczną, która źle wychodzi. Uwzięło się na mnie to szkaradzieństwo.
— Nie lubię malować ciała na tle raz podskrobanem. W miarę jak farba zasycha,