Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jak dawno jesteś bez służby? — pytał Ryszard, którego baczne oko wyczytało już z posiekanych i twardych rąk dziewczyny całą dotychczasową jej historyę.
— A skąd pan wie, że byłam w obowiązku?
— To moja rzecz.
— Prawda, służyłam za dziewczynę do wszystkiego, ale to mi się nie podobało.
— Wolisz więc nie mieć miejsca?
— Aha! Alboż wyglądam na zadowoloną?
— Nie zupełnie. Czekaj tylko. Czy nie zechciałabyś zwrócić na chwilę głowy do okna?
Dziewczyna spełniła jego rozkaz; Ryszard zaś patrzył na nią tak badawczo, tak przejmująco, iż, przestraszona, ukryła się za Torpenhow’a.
— Jest w oczach, jest! — wołał Heldar, chodząc szybko po pokoju. — Doskonale odpowiadają memu celowi. Co zaś do głowy, ta zawsze od wyrazu źrenic głównie zależy. Pan Bóg mi ją zsyła w nagrodę za... za utratę tamtej. Mogę więc bez zmarnowania czasu zabrać się natychmiast do roboty. Tak, Opatrzność postawiła ją widocznie na mej drodze. Proszę podnieść trochę czoło.
— Ostrożnie, przyjacielu! ostrożnie, inaczej odbierzesz jej całą przytomność. Patrz, jaka