Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


knąwszy wszystko łapczywie, zasnęła natychmiast z wycieńczenia.
— Och, znam to, znam doskonale. Musiała przez czas jakiś żyć kiełbaskami tylko. Najlepiej było zawołać policyanta i oddać mu ją za karę, że pozwala sobie mdleć z głodu na progu prywatnego domu. Biedactwo! Spojrzyj tylko na te rysy. Ani śladu niemoralności, wyuzdania... Słabość woli, głupota i szaleństwo, nic więcej. Doprawdy, typowe oblicze...
— Cóż za zimny barbarzyńca z ciebie! Uderzasz w istotę, upadłą pod brzemieniem niedoli może. Spróbujmy lepiej dopomódz tej nieszczęśliwej. Głód to rzecz straszna... Zemdlała u stóp mych nieledwie, a gdy ją tu przywiodłem, gdy postawiłem przed nią jedzenie, rzuciła się ku niemu, jak dzikie zwierzę. Widok to był okropny, wstrętny!
— I cóż ja poradzić mogę? Chcesz, abym jej dał trochę pieniędzy? Dobrze, ale uprzedzam: przepije natychmiast.
Dziewczyna otworzyła w tej chwili oczy, patrząc na obu mężczyzn z wyrazem przestrachu i wyzywającej czelności.
— Cóż, lepiej ci? — podjął Torpenhow.
— Znacznie lepiej. Mało jest ludzi tak, jak pan, dobrych. Dziękuję.