Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ładzie i puste, sumiennie ogołocone półmiski. Głośny okrzyk przywołał Torpenhow’a.
— Pst! Cicho! — mówił z miną skruszoną. — Nie hałasuj tak; to ja zabrałem twoje śniadanie. Chodź i zajrzyj tylko do mego pokoju, a zrozumiesz od razu, o co chodzi.
Uchyliwszy podwoi, malarz ujrzał ze zdumieniem dziewczynę jakąś, wyciągniętą na ulubionej kanapce Torpenhow’a. Pogrążona w śnie głębokim, sapała głośno. Obok leżał tani, marynarski kapelusz i ordynarny, wyrudziały parasol. Suknia letnia, niebieska z białem, stosowniejsza na czerwiec niż na luty, kaftanik zużyty, oszyty naśladowaniem baranka, obłocone wreszcie spódnice i brudne, w ohydnym stanie trzewiki dostatecznie tłumaczyły, z kim mają do czynienia.
— Słuchaj, stary, tego już za wiele! Istot podobnego rodzaju nie powinienbyś wprowadzać tutaj przynajmniej. Okradnie nas jeszcze.
— Nie budzi zaufania, wiem o tem; ale, widzisz, szedłem właśnie na śniadanie, gdy, zatoczywszy się, upadła mi do stóp prawie w bramie naszego domu. Sądziłem, że pijana; chwila rozwagi jednak przekonała mię, że zemdlała z głodu. Nie mogłem jej przecież zostawić bez pomocy. Zabrałem więc nieszczęśliwą na górę i dałem jej twoje śniadanie. Poł-