Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w dziennikach. Mój Boże! i pomyśleć, że nas nic nie dzieli na szerokim świecie, nic, nic, prócz jej uporu!...
Maisie stała tymczasem, pogrążona w zamyśleniu, na tem samem miejscu, na którem ją Dick pożegnał. Ostre chrząknięcie towarzyszki zbudziło ją dopiero z zadumy. Oczy rudowłosej błyszczały jakimś złowrogim, zimnym blaskiem.
— Pocałował cię! — syknęła. — Jak mogłaś pozwolić na to, skoro jest niczem dla ciebie? Jak śmiałaś przyjąć ten pocałunek? Och, Maisie! — wybuchnęła nagle — zejdźmy do damskiej kajuty, bo czuję się chorą, śmiertelnie chorą!
— Nie jesteśmy jeszcze na pełnem morzu, a tobie już niedobrze? Idź, proszę, sama na dół; ja posiedzę chwilę na pokładzie; wiesz, że nie znoszę czadu, jaki zwykle panuje w kajutach.
— Biedny Ryszard! — myślała, pozostawszy samą. — Zasługiwał przecież na ten jeden, jedyny pocałunek. Nie sądziłam zresztą, że mię tak przestraszy.
Dick powrócił do domu nazajutrz w południe, ciesząc się myślą drugiego śniadania, o które telegrafował nawet. Stanąwszy na progu pracowni, ujrzał tymczasem stół w nie-