Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wystraszona — mówił Torpenhow, wskazując na dziewczynę, która drżała cała.
— Panie, nie daj mię bić! — błagała, zwrócona do swego wybawcy. — Nie daj mię krzywdzić! Ten człowiek chce mnie uderzyć, a i tak oćwiczono mię już dziś okrutnie za to, że przemówiłam do jakiegoś mężczyzny. Nie pozwól mu patrzeć tak na mnie...
I krzycząc głośno, wybuchnęła płaczem gwałtownym. Nerwy rozstrojone, wycieńczone, wypowiedziały jej nagle posłuszeństwo.
Ryszard otworzył szybko okno. Torpenhow uczynił to samo z drzwiami.
— No, cicho, uspokój się — pocieszał malarz. — Nikt cię tu nie ma zamiaru bić, nikt ci nie chcę robić krzywdy. Jeżeli nie wierzysz, możesz wychylić się na ulicę i zawołać policyanta, możesz odejść nawet; patrz, podwoje otwarte.
Łkała jeszcze konwulsyjnie przez chwil kilka, poczem od razu wybuchnęła śmiechem.
— Kiedy już zrozumiałaś, że ci się nic złego nie dzieje — mówił Heldar, — spróbuj posłuchać mię teraz spokojnie. Widzisz, jestem z zawodu artystą-malarzem. Czy wiesz, co to znaczy?
— Wiem... taki, który robi czerwone i czarne szyldy nad sklepami.