Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/335

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ha, ciekawa rzecz! Chociaż moja to tylko wina...
— Że co?
— Że taki kawał błota, jak ty, mógł wpłynąć na bieg mego losu, na kierunek życia.
Mówił do siebie poniekąd. Bessie jednak, obrażona, spróbowała wyrwać rękę z więżących ją kleszczy.
— Nie masz pan prawa nazywać mię kawałem błota! Zniszczyłam obraz przez nienawiść dla ciebie; jeżeli też żałuję dziś mego czynu, to dlatego jedynie, że jesteś, że jesteś...
— Ślepy; wiem o tem. Mów śmiało, niema jak poczucie taktu w drobnych rzeczach.
Bessie zaczęła płakać. Nie podobał jej się żelazny uścisk jego dłoni; gniewało ją, że zemstą swą śmiech tylko wywołała; przerażał wreszcie wyraz twarzy ociemniałego.
— Otrzyj łzy — mówił, ujmując ją napowrót w ramiona. — Zrobiłaś, co ci się słusznem wydawało.
— To niech pan nie mówi, że jestem kawał błota, niech się pan nie gniewa.
— Ależ ja się wcale nie gniewam; przeciwnie, pozwól mi tylko myśli zebrać.
Bessie przytuliła się do niego, a ruch ten, przywodząc mu na myśl Maisie, zabolał go